''ŚRODEK ZIMY''
Wieczór był jasny, lecz chłodny. Zimno przeniknęło przez nią i już po chwili chciała schować się w przytulnej, ciepłej grocie, lecz żadnej nie było w pobliżu. Zamiast tego leżała pod jakimś drzewem osłonięta jedynie oszronionymi doszczętnie konarami i kawałkiem niezaśnieżonej ziemi. Zmęczona podróżą donikąd powoli opadała z sił.
Padał śnieg. Wszystkie zwierzęta - czy to ptaki czy jelenie - schowały się i nie dawały żadnego znaku życia. Nic, zero. Jeszcze nigdy nie widziała takiego miejsca, tak cichej i spokojnej okolicy. Wydawało jej się, że taki nastrój nie istnieje - a tu proszę. Przyszła noc i każdy zapadł w sen... Powieki stają się ciężkie, same opadają na oczy... Zapominasz już, kim jesteś i gdzie się znajdujesz... Po prostu odpływasz....zasypiasz.
Mrok pochłonął każdy zakamarek przepaści. W lesie panowała cisza, śnieg prószył ni to gęsto, ni rzadko. Innymi słowy, był tu spokój i nic nie śmiało go przerwać. Aż do tej chwili. Nieprzytomna, skulona postać, leżąca pod jedynym z wielu drzew, poruszyła się. Nie minął moment, a otworzyła swe oczy, ledwo błyszczące w ciemności. Świat w jej głowie zawirował z zawrotną prędkością, więc musiała minąć chwila, by się ustabilizował. Powoli, próbując przyzwyczaić ślepia do nocy, wstała. Łapy miała jak z ołowiu. Czuła się, jakby z pół wieku ich nie używała.
Chłodne powietrze dawało się we znaki. Biały puch otulał futro, choć próbowała go z siebie zrzucić. Na marne, iż po chwili przeniknęło przez nią zimno. Wzniosła swój łeb ku niebu, z nadzieją, iż wyda jej się to snem i nagle zamrugała. Czyżby jej się zdawało ? Spojrzała jeszcze raz, bardziej dokładniej.
Najjaśniejsza z gwiazd na niebie zaświeciła jeszcze mocniej, jakby coś pchało ją tu, na dół. Tam gdzie czas nie stoi w w miejscu a pogoda zmienia się, co jakiś czas. Wadera usilnie próbowała przypomnieć sobie opowieść, którą kiedyś słyszała o takowej gwieździe. Naraz, jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia. W ów historii było, że gwiazdy prowadzą nas w miejsce naszego przeznaczenia. Wyznaczają nam drogę, ku zgubie bądź szczęściu. Czyżby i z nią tak było? Czy miała zostać alfą, którą i tak już była?
Nikła nadzieja zalśniła w jej oczach. Żyła tą chwilą. Na prawdę żyła, nie płynęła w jakiejś otchłani dla zmarłych, wciąż mogła oddychać. Sama nie wiedziała czemu, zaczęła skakać po białym puszystym śniegu. Jasne, granatowe niebo było coraz bardziej widoczne.
W końcu ruszyła się z miejsca. Pędem pobiegła na dużą skałę. Wiedziała już co ma robić i co będzie dalej, choć prowadził ją tylko instynkt. Nie bała się jednak, lecz musiała działać szybko. Teraz musiała dokładnie obmyślić strategie. Rozejrzała się. Z miejsca doskonale widać było góry, majaczące gdzieś w oddali. Usiadła na krawędzi, a miły, ciepławy wiatr rozwiał jej grzywkę. Zdziwiła się, bo przecież była zima. Spojrzała w nocne rozgwieżdżone niebo otulone jasnym promieniem światła...Ujrzała... Siebie i stado.. rodzinę... I już wiedziała że to jej PRZEZNACZENIE!
*
Ocknęłam się nagle ze snu. Mój przyspieszony oddech słychać było echem w jaskini, lecz na szczęście to był tylko dziwny sen... Śniły mi się jakieś dziwactwa, które raz miały sens a nieraz nic z nich nie rozumiałam. A ponieważ ponownie zasnąć nie umiałam, wyszłam na zewnątrz i zawyłam głośno. Na próżno jednak moje wołanie... Nikt nie przyjdzie, nikt nie odpowie...
Po raz kolejny w ciągu kilku dni, spojrzałam z tęsknotą na horyzont, mając skrytą nadzieję, że zaraz wyłoni się za niego moja rodzina, gdy zdałam sobie sprawę, iż są daleko ode mnie... Tam, gdzie ja wstępu nie miałam, lecz chciałam się dostać. Dlaczego to musi być takie trudne?
Byłam smutna idąc przed siebie przez las. Czemu czułam w sobie pustkę? Nie rozumiałam tego...to tak jakbym straciła część siebie. Uciekałam nie patrząc za siebie, w poszukiwaniu nowego domu.
Podeszłam do pierwszego lepszego drzewa i zaczęłam uderzać w nie łbem...
Po raz kolejny w ciągu kilku dni, spojrzałam z tęsknotą na horyzont, mając skrytą nadzieję, że zaraz wyłoni się za niego moja rodzina, gdy zdałam sobie sprawę, iż są daleko ode mnie... Tam, gdzie ja wstępu nie miałam, lecz chciałam się dostać. Dlaczego to musi być takie trudne?
*
Następnego ranka obudziłam się czując potworny głód. Ostatnio jadłam niewiele. Nie czekając aż obudzę się do końca, wybiegłam z jaskini, w której spędziłam noc, kierując się pędem przez las. Gruba warstwa śniegu utrudniała poruszanie. Wiatr wiał mi w zmarznięty pyszczek, przynosząc w zamian cudowny zapach. Jeleń! Potruchtałam dalej chowając się za krzewami. Zwierzę mnie nie wyczuło... Podkradłam się bliżej... Jeszcze kawałek. Teraz!!! Skoczyłam na młodego jelenia wbijając swoje ostra kły w jego szyje. Zwierzę zaczęło szarpać się jak opętane, wić w agoni i łapać haust świeżego powietrza. Niestety na marne. Ostatnie uderzenie serca i chwile później apetyczne truchło leżało u mych łap. Uśmiechnęłam się do siebie i zaczęłam ucztować, od czasu do czasu wąchając teren. Gdy najadłam się do syta, odeszłam od zdobyczy by zaraz po mnie, najadły się i wrony. Parszywe stwory obskubały wszystko do kości, nie zostawiając nic... a ja ruszyłam w dal, w dalszą podróż.Byłam smutna idąc przed siebie przez las. Czemu czułam w sobie pustkę? Nie rozumiałam tego...to tak jakbym straciła część siebie. Uciekałam nie patrząc za siebie, w poszukiwaniu nowego domu.
Podeszłam do pierwszego lepszego drzewa i zaczęłam uderzać w nie łbem...