''ŚRODEK ZIMY''
Wieczór był jasny, lecz chłodny. Zimno przeniknęło przez nią i już po chwili chciała schować się w przytulnej, ciepłej grocie, lecz żadnej nie było w pobliżu. Zamiast tego leżała pod jakimś drzewem osłonięta jedynie oszronionymi doszczętnie konarami i kawałkiem niezaśnieżonej ziemi. Zmęczona podróżą donikąd powoli opadała z sił.
Padał śnieg. Wszystkie zwierzęta - czy to ptaki czy jelenie - schowały się i nie dawały żadnego znaku życia. Nic, zero. Jeszcze nigdy nie widziała takiego miejsca, tak cichej i spokojnej okolicy. Wydawało jej się, że taki nastrój nie istnieje - a tu proszę. Przyszła noc i każdy zapadł w sen... Powieki stają się ciężkie, same opadają na oczy... Zapominasz już, kim jesteś i gdzie się znajdujesz... Po prostu odpływasz....zasypiasz.
Mrok pochłonął każdy zakamarek przepaści. W lesie panowała cisza, śnieg prószył ni to gęsto, ni rzadko. Innymi słowy, był tu spokój i nic nie śmiało go przerwać. Aż do tej chwili. Nieprzytomna, skulona postać, leżąca pod jedynym z wielu drzew, poruszyła się. Nie minął moment, a otworzyła swe oczy, ledwo błyszczące w ciemności. Świat w jej głowie zawirował z zawrotną prędkością, więc musiała minąć chwila, by się ustabilizował. Powoli, próbując przyzwyczaić ślepia do nocy, wstała. Łapy miała jak z ołowiu. Czuła się, jakby z pół wieku ich nie używała.
Chłodne powietrze dawało się we znaki. Biały puch otulał futro, choć próbowała go z siebie zrzucić. Na marne, iż po chwili przeniknęło przez nią zimno. Wzniosła swój łeb ku niebu, z nadzieją, iż wyda jej się to snem i nagle zamrugała. Czyżby jej się zdawało ? Spojrzała jeszcze raz, bardziej dokładniej.
Najjaśniejsza z gwiazd na niebie zaświeciła jeszcze mocniej, jakby coś pchało ją tu, na dół. Tam gdzie czas nie stoi w w miejscu a pogoda zmienia się, co jakiś czas. Wadera usilnie próbowała przypomnieć sobie opowieść, którą kiedyś słyszała o takowej gwieździe. Naraz, jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia. W ów historii było, że gwiazdy prowadzą nas w miejsce naszego przeznaczenia. Wyznaczają nam drogę, ku zgubie bądź szczęściu. Czyżby i z nią tak było? Czy miała zostać alfą, którą i tak już była?
Nikła nadzieja zalśniła w jej oczach. Żyła tą chwilą. Na prawdę żyła, nie płynęła w jakiejś otchłani dla zmarłych, wciąż mogła oddychać. Sama nie wiedziała czemu, zaczęła skakać po białym puszystym śniegu. Jasne, granatowe niebo było coraz bardziej widoczne.
W końcu ruszyła się z miejsca. Pędem pobiegła na dużą skałę. Wiedziała już co ma robić i co będzie dalej, choć prowadził ją tylko instynkt. Nie bała się jednak, lecz musiała działać szybko. Teraz musiała dokładnie obmyślić strategie. Rozejrzała się. Z miejsca doskonale widać było góry, majaczące gdzieś w oddali. Usiadła na krawędzi, a miły, ciepławy wiatr rozwiał jej grzywkę. Zdziwiła się, bo przecież była zima. Spojrzała w nocne rozgwieżdżone niebo otulone jasnym promieniem światła...Ujrzała... Siebie i stado.. rodzinę... I już wiedziała że to jej PRZEZNACZENIE!
*
Ocknęłam się nagle ze snu. Mój przyspieszony oddech słychać było echem w jaskini, lecz na szczęście to był tylko dziwny sen... Śniły mi się jakieś dziwactwa, które raz miały sens a nieraz nic z nich nie rozumiałam. A ponieważ ponownie zasnąć nie umiałam, wyszłam na zewnątrz i zawyłam głośno. Na próżno jednak moje wołanie... Nikt nie przyjdzie, nikt nie odpowie...
Po raz kolejny w ciągu kilku dni, spojrzałam z tęsknotą na horyzont, mając skrytą nadzieję, że zaraz wyłoni się za niego moja rodzina, gdy zdałam sobie sprawę, iż są daleko ode mnie... Tam, gdzie ja wstępu nie miałam, lecz chciałam się dostać. Dlaczego to musi być takie trudne?
Byłam smutna idąc przed siebie przez las. Czemu czułam w sobie pustkę? Nie rozumiałam tego...to tak jakbym straciła część siebie. Uciekałam nie patrząc za siebie, w poszukiwaniu nowego domu.
Podeszłam do pierwszego lepszego drzewa i zaczęłam uderzać w nie łbem...
- I co ja teraz zrobię? - załkałam głośno. Bezsilność i samotność uderzyły we mnie z nagłą mocą - Nawet nie wiem gdzie jestem. Jestem sama... jak palec.
W pewnym momencie uderzyłam głową tak mocno, że po chwili kora pękła w kilku miejscach. Zasługa mojego pochodzenia, o którym nie chce mówić.
Spojrzałam w niebo w nadzieją że zobaczę tam kogoś.
- Ja nie dam rady znaleźć tego miejsca! Proszę pomóżcie mi! - krzyknęłam w rozgwieżdżone niebo, po czym opadłam pod jakimś drzewem. Zamknęłam oczy starając się zasnąć, zapaść pod ziemie, bądź zginąć. Na nic moje starania... Z gniewem otworzyłam oczy. Nagle...Nie może mi się tylko przewidziało?Wstałam i powoli ruszyłam przed siebie, gdy spostrzegłam nocnego ognika! Podeszłam do niego,znikł. Ale zaraz po tym pojawił się w innym miejscu nieco dalej. Uśmiechnęłam się, bo moje błagania zostały wysłuchane i pobiegłam do następnego. Przypomniało mi się co mama mówiła mi o tym zjawisku. Nocne ogniki nazywane są przewodnikami nocy. Zabierają cię tam, gdzie najbardziej chciałabyś się znaleźć. Są jak duszki. Żyją, choć nie można ich dotknąć czy poczuć. Ale nie wszystkie żyjące istoty mogą je zobaczyć. Ogniki pokazują się 5/1000 przypadków. Cieszyłam się że trafiło na mnie... Biegłam przez las, jak opętana. Przeskoczyłam przez skałę i.. stanęłam jak wryta. To tu? To ten teren, gdzie miałam zdobyć rodzinę? Jeśli tak to ja jestem za.. Biegłam jeszcze chwile śnieżną drogą w stronę ogromnej jaskini, a raczej... wielu jaskiń. Weszłam na małą skałę podchodząc do krawędzi.
- WOW wysoko tu! Ale nie wyczuwam zapachów! - mrugnęłam cicho ze smutkiem. Zawyłam głośno mając nadzieję, iż niedługo nie będę sama.
Nie dziwie się, że się boją. W tej części ledwo widoczne słońce nie mogło przebić się między chmury, a co dopiero drzewa. Było ciemno, wietrznie i zimno, aż nieprzyjemne dreszcze przeszły mi po grzbiecie. Co gorsza, mroczne niebo zwiastowało nadejście srogiej burzy. Jeśli w porę nie znajdziemy schronienia, kąpiel w śród piorunów i deszczu mamy gwarantowaną. W pobliżu nie było jednak żądnej jaskini, ani innego schronienia, niż ogromne konary Buków. Oczywiście, zawsze gdy czegoś potrzeba, nigdy tego nie ma. Wiosna dopiero się zaczęła. Nie było liści, które mogłyby zatrzymać spadającą z nieba wodę, a wątpiłam, byśmy znalazły inne schronienie. Wytężyłam więc wzrok i rozejrzałam się. Nagle coś przekuło moją uwagę. Zaintrygowała mnie dziwna mgiełka, jaka unosiła się lekko nad ziemią. Błyszczała na różne kolory tęczy, głównie na srebro, fiolet i zieleń. To jednak niemożliwe, bo słońce zostało całkowicie zasłonięte przez chmury, więc nie mogło rzucać swymi jasnymi promieniami w tej dziczy. Jak to więc możliwe? Mgiełka nagle się rozproszyła, a z nieba spadła pierwsza kropla wody. No to pięknie, przez to dziwne zjawisko, straciłam tylko cenny czas, który mogłabym poświęcić na szukaniu dachu nad głową.
- Może są tutaj duchy? - zapytała z entuzjazmem zielonooka wadera, uśmiechając się od ucha do ucha. ,,Ta to miała wyczucie czasu na żartowanie" - pomyślałam ze śmiechem, po czym dokładniej jej się przyjrzałam. Była średniej wielkości samicą o kasztanowo-bordowym umaszczeniu, oraz długim, zawijanym do góry ogonie. Jak już też wspomniałam, miała zielone, przykryte pod gęstą grzywką oczy i oklapłe uszy. Nie była czystym wilkiem, aczkolwiek nie śmiałam ją o to pytać . Jej siostra natomiast była jej kompletnym przeciwieństwem. Wysoka, wysportowana, niebieskooka wadera o śmiałym, figlarnym spojrzeniu. Cechowała ją niezwykła zaciętość i na swój sposób dziecinność, która przejawiała się nagle, kompletnie bez ostrzeżenie, dlatego też, po tej rudo-białej lasce, można było się wszystkiego spodziewać. Gdy spojrzała krytycznie na swoją siostrą i pokręciła ze zrezygnowaniem łbem, wiedziałam już, że za chwile palnie coś głupiego. - No co, paranormalne istoty naprawdę istnieją! - mniejsza wydęła dziwnie usta, wymachując łapami we wszystkie strony na potwierdzenie swojej teorii.
- Prawda - odpowiedziała jej większa z tajemniczym uśmiechem na pyszczku - I z pewnością przyjdą po ciebie, by zabrać Twoją popieprzoną duszyczkę wprost do świata duchów, bój się. Buuuuu!
- Ta, chciałbyś co?
- Jesteście dziwne - odezwałam się cicho, bawiąc się swoim puszystym ogonem, byleby tylko nie wybuchnąć chichotem. Serio, wiem, jestem powalona, lecz cóż poradzić, do idealnych nie należę.
- Ty nie lepsza.
- Ja przynajmniej nie dygocze tak ze strachu, jak wy - odparłam ze śmiechem, wystawiając język. Otrzepałam brudne futerko z ziemi. Deszcz zmył co prawda wiele plan, lecz niektóre jakby specjalnie nie chciały usunąć się z mojego futra. Co gorsza, byłyśmy już doszczętnie przemoczone i z całą pewnością wyglądamy jak baba-jagi bez makijażu.
- Ah tak? W takim razie z pewnością ten pająk na twoim grzbiecie nie jest aż taki straszny ?
- Cooo?! - zdębiałam, po czym wrzasnęłam jak opętana, rzucając się na wszystkie strony. Chwilę później zaśmiałam się z własnej dziecinności. Wrobiła mnie!
- Już żaden, żartowałem - powiedziała, z trudem trzymając się za bolący ze śmiechu brzuch. Po krótkiej chwili, dołączyłam do niej i teraz obydwie moczyłyśmy się w błocie.
- Opanujcie się. Nie podoba mi się tu - rzekła znowu zielonooka, czujnie obserwując okolicę. Odruchowo rozglądnęłyśmy się po dookoła. Spojrzałam niepewnie na waderę. Pomimo swojej dziwności, zdawała się być aktualnie najspokojniejsza z nas wszystkich, co z jednej strony mi imponowało, z drugiej zaś bardzo nie podobało. W pewien sposób wzbudzała u mnie zazdrość. W razie niebezpieczeństwa będzie w stanie nas obronić, a to oznaczałoby, iż miałabym u niej dług wdzięczności. Musiałam się więc skupić, gdyż nie zamierzałam nic dla niej robić, a tym bardziej, być jej coś winna. Skrzywiłam się delikatnie na tę myśl. Ktoś, jak nie ja mógłby wydawać rozkazy? Potrząsnęłam gwałtownie głową. ,,To ja tu jestem alfą, nie mogę się rozpraszać" - warknęłam na siebie w myślach, spoglądając w dal. Westchnęłam zmęczona, czując nieprzyjemne, rozchodzące się po całym ciele zimno.
- Pod drzewa, trzeba przeczekać tą - powąchałam zdezorientowana powietrze. W moje nozdrza wdarł się dziwny zapach... Jakim cudem nie wyczułam go wcześniej, skoro był tak aż tak wyraźny?
Zerknęłam przez siebie znacząco na moje towarzyszki. Nie musiałam nic mówić, one wiedziały. Wszyscy spięli mięśnie, rozglądając się wokół. Zaciągałyśmy się zapachami obcych osobników, w których dwa były szczególnie mocne. Tak jak mój, wyróżniały się na czele innych. A to znaczy jedno, dwoje alf. Tego oczekiwałam, aczkolwiek również najbardziej obawiałam. Weszłyśmy na teren innej watahy...
- Co robimy? - kątem oka zerknęłam na obydwie samice. Patrzyły na mnie wyczekująco. Choć nie byłam ich alfą, to ja prowadziłam je ku przygodzie, więc to na mnie spoczywała odpowiedzialność za podjęte w tym czasie decyzje. Wzięłam głęboki oddech. Miałam już plan i choć wydawał się niebezpieczny, musiałam go zrealizować.
- Idziemy dalej - odpowiedziałam hardo, ruszając pewnym krokiem. Nikt się już nie odezwał i nie zakwestionował mojej decyzji. Wspólnie ruszyłyśmy przed siebie, głębiej w teren obcej, może nieprzyjaznej watahy. Nie zważając na niebezpieczeństwo, ani pogodę, która chyba przechodzi kryzys wieku średniego. Nie uszłyśmy daleko, gdy z oddali doszły do nas głośne krzyki, szum pazurów rozpraszających mokry piach i nieprzyjemne warczenia. Popatrzyłyśmy po sobie, po czym pędem pobiegłyśmy w tamto miejsce. Nie powinnyśmy, lecz chęć dowiedzenia się wszystkiego, była silniejsza. Drzewa w lesie nagle się przerzedziły. Deszcz przestał padać, a słońce delikatnie i nieśmiało wyjrzało zza chmur. Wyszłyśmy z mrocznego lasu wprost na pustą, pustynną przestrzeń, gdzie wokół jałowej ziemi, widać było tylko piach. Po jej ,,środku" po dwóch różnych stronach dostrzegłam dużą grupkę wilków. Ich czarna niczym smoła sierść połyskiwała, a śnieżnobiałe kły zwrócone były przeciwko sobie. Wyglądali, jakby mieli zaraz zamiar skoczyć sobie do gardeł.Mój entuzjazm pękł jak bańka mydlana. Wkopałyśmy się w bagno. I po cholerę my żeśmy tu przyszły? To nie nasza walka i nie zamierzałam brać w niej udziału. Przeczuwając kłopoty, zarządziłam natychmiastowy powrót, by przyjść tutaj innym razem. Jak na złość, pecha postanowił zaszczycić mnie swoją obecnością. Osobniki prawdopodobnie z dwóch watah powąchały powietrze, po czym spojrzały w naszym kierunku. Ich ślepia wyrażały czysty szok i zdziwienie. Otwarte pyski, które ułożyły się w literkę ,,O" co rusz się zamykały i otwierały. Czyżbyśmy zrobiła, aż tak dużą furorę? Ktoś zawył donośnym głosem, wzywając mnie do siebie. Nie mogłam odmówić. Mogliby uznać mnie za szpiega i wroga, którego trzeba by było się pozbyć. Z duszą na ramieniu odpowiedziałam na wiadomość.
- Nici z powrotu, skoro już nas zauważyli - sapnęłam, wzdychając i wolnym krokiem skierowałam się w ich stronę. Im bliżej byłam, tym bardziej zastanawiało mnie jedno - JAK JA WYGLĄDAM!? Zmoczona od deszczu, jak kura po kąpieli i brudna od błota, jak świnia na wybiegu. Przełknęłam ślinę mając nadzieję, iż nie uznają mnie za biedną przybłędę ze schroniska. ,,Tylko nie panikuj, tylko nie panikuj" - szeptałam sobie cicho w myślach. Musiałam się skupić. Dokładnie zlustrowałam każdego z obecnych i co dziwne, nie znalazłam wśród obecnych ani jednej wadery. Serio? Ani jednej baby wśród tak licznej grupy wilków? Pokręciłam delikatnie głową, po czym spojrzałam przed siebie. Mijałam poszczególne osobniki i na szczęście, czy też nie, nie widziałam wstrętu w ich oczach. Raczej coś na wzór fascynacji, pomieszany z szokiem i pragnieniem. Mieszanka wybuchowa. Uhmm.. Na środek wyszło dwóch samców, a z tego, co wyczułam, oboje byli alfami. Ostrożnie podeszłam do nich a wraz ze mną, moje dwie towarzyszki. Weszłyśmy w swego rodzaju krąg, który się za nami zamknął, odcinając tym samym jedyną drogę ucieczki... - Witajcie - odezwałam się niepewnie jako pierwsza po krótkiej chwili milczenia, wytracając ich chyba z amoku. Obydwoje pokręcili głowami, jakby odganiali wstrętne muchy. Większy basior o czarno szarej sierści z niebieskimi końcówkami i dwoma rogami na głowie w tym samym odcieniu, ten, który stał po mojej lewej, uśmiechnął się delikatnie, pokazując rząd ostrych kłów. Rozłożył majestatycznie długie skrzydła, ukazując całą ich doskonałość, po czym skłonił się lekko do przodu. "CZEKAJ, ON MA SKRZYDŁA!? i czy tylko mi się zdaje, iż on mi się kłania?" - pomyślałam zdezorientowana, spoglądając to na niego to na resztę obcych wilków. Chyba byli tak samo zdziwieni, jak ja w tej chwili.
- Witajcie na terenie Watahy Ostatniej Nadzi...
- Chciałeś chyba powiedzieć Watahy Ognistych Łez - spojrzałam na mniejszego basiora u jego boku o czerwonych jak krew ślepiach, gęstej szarej grzywie oplatującej pysk i jakimś dziwnym medalionie zawieszonym na szyi, który z głośnymi warknięciami, szczerzył zęby w stronę drugiego samca. Moją największą jednak uwagę przyciągnęły długie niebiesko czarne kolce wyrastające z jego grzbietu. Wyglądały jak leciutki stos ułożonych kryształów, umożliwiające zarówno latanie, jak i świetny atak. Przeniosłam swój wzrok z jego smukłego ciała na pysk, gdzie spod delikatnej grzywki spoglądały na mnie straszne krwiste oczy. Pomimo strachu, starałam się zachować zimną krew i nie wpaść w popłoch. Starał się ze wszystkich sił, uspokoić galopujące serce. Nie mogłam rozszyfrować jego nastawienia, bo przez jego wilczą twarz nie przelatywały żadne emocje.
- Te tereny są moje i możesz o nich zapomnieć! - znów spojrzałam zdezorientowana na drugiego basiora, który z prychnięciem, uśmiechnął się drwiąco do swojego "kolegi".
- Okaże się, gdy wypruję Ci flaki - zrobiło mi się niedobrze. Jak tak dalej pójdzie, pozabijają się na naszych oczach a co gorsza, wciągną i nas do swojej wojny. Tego chciałam uniknąć. Skrzywiłam się nieznacznie i obejrzałam na dwie samice, które mówiąc szczerze ogłupiały. Wgapiały się we mnie swoimi ślepiami, prosząc o powrót do domu. I gdyby nie Ci dwaj, z pewnością bym to zrobiła...
- PANOWIE, do cholery! - warknęłam na nich obojga, modląc się o to, by mnie nie rozszarpali za brak szacunku. - Gościnnością nie grzeszycie - westchnęłam, kręcąc łebkiem, po czym lekko się uśmiechnęłam. Pomimo tego, iż posiadałam taką samą rangę, byłam znacznie mniejsza od nich, a w związku z tym, nie powinnam podnosić głosu - Wiem, że macie swoje problemy, ale czy moglibyście je zostawić na chwilę. Zajmę wam dosłownie kilka minut - szepnęłam i oblizałam spuchnięte usta, robiąc przy tym słodką minkę. Zamrugałam rzęsami, przymykając lekko powieki. Delikatny, acz widoczny rumieniec ozdobił pyszczek jednego z nich. Oby nie wziął mnie tylko, za jakąś dzi*kę, która rozłoży przed nim swoje łapy. W tej sytuacji, musiałam działaś jednak radykalnie. Jak to mówią ,, Jeśli czegoś chcesz, zrób wszystko, by to dostać". ,,Chyba nie do końca chodziło mi o taki zwrot akcji" - pomyślałam, widząc jak mniejszy z basiorów, ten o czerwonych oczach, odwraca się tyłem i odchodzi.
- Jestem Deron - odrzekł, zatrzymując się na chwilę, by zerknąć na mnie z tajemniczym, złowieszczym uśmieszkiem, który nie wróżył niczego dobrego. W jego spojrzeniu dostrzegłam figlarne ogniki i pożądanie? Obserwowałam jego znikającą na horyzoncie sylwetkę. Wraz z nim zniknęła także mniejsza część wilków. Nie polepszało to jednak naszej sytuacji. Krąg wciąż był zaciśnięty, jak pętla na szyi. Wystarczy jeden błąd, by przypłacić tą wędrówkę życiem.
- Eh, wybacz za niego - powoli odwróciłam się w stronę pierwszego basiora, który jak gdyby nigdy nic podszedł do mnie. Czułam, jak jego ciepły oddech, owiewa moje uszy. Jak na mój gust, ciut za blisko, lecz nie chciałam urazić go swoją niepewnością. Samiec stał dumnie ze złożonymi już skrzydłami i wpatrywał się w niebo - Deron... już po prostu taki jest... i...
- Rozumiem - uśmiechnęłam się delikatnie, wpatrując się w jego oczy. Chyba się lekko zmieszał. Chrząknął znacząco odsuwając się jednocześnie na ,,bezpieczną" odległość.
- Więc... mów mi Airon, a to moja wataha - wskazał łapą na grupkę kruczoczarnych wilków - Witaj na terenie Watahy Ostatniej Nadziei. Kim jesteście i co was do nas sprowadza? - jego głos był miękki, swawolny i niezwykle podniecający, aż delikatny prąd przeszedł mi po grzbiecie. "STOP, skup się Rei, o czym ty myślisz!?"
- Miło mi Was poznać. Jestem Reiko, alfa Watahy Księżycowej Nocy. To są moje towarzyszki - wskazałam łapką na wadery, które nadal oszołomione, wpatrywały się w nas jak w kosmitów i nic nie wskazywało na to, by coś się miało zmienić - Przybywam z... bardzo daleka. Dokładnie to z lasu Khuris - Airon spojrzał na mnie dziwnie. Jego oczy przybrały na moment czerwoną barwę. Nie powiem, wystraszyłam się nieco. Nie wiedziałam, o co mu chodzi, ale wyglądał na zszokowanego moją informacją. Nic jednak nie powiedział, a ja nie zamierzałam drążyć tematu. I tak już byłam wystarczająco zestresowana - Od naszych terenów do tego miejsca, jest naprawdę wiele kilometrów, a wasz zapach poczuliśmy dopiero kilometr od wyjścia z lasu, z którego przyszliśmy, ale mniejsza o to. Musiałam sprawdzić, kto zajmuje te tereny i w razie czego postarać się o jakiś.. hmm jak by to nazwać...
- Sojusz? - podpowiedział zamyślony. Pokiwałam twierdząco łbem, choć zdawał się tego nie zauważyć. Przez chwilę miałam wrażenie, że się uśmiecha. Może mi się tylko zdawało, bo znów nałożył na siebie maskę, lecz mogłabym przysiąc, że widziałam.. - Dobrze, niech będzie - spojrzałam na niego, dokładnie go lustrując. Był zdecydowanie większy ode mnie. Górował zarówno nad "moją", jak i swoją watahą, co wcale nie ułatwiało mi... bycia pewną siebie? Jako alfa byłam odpowiedzialna za te dwie laski, co się przypałętały wraz ze mną.. Gdyby jednak doszło do walki, nie byłam pewna, czy uszłybyśmy z tego cało. Granie na zwłokę jest naszą deską ratunku.... - Szczegóły będziemy musieli omówić innym razem. Mam kilka ważnych spraw na głowie - wyjaśnił szybko, widząc moją nietęgą minę. Westchnęłam cicho. - Czy pasuje Ci, byśmy za 3 dni spotkali się przy granicy z lasem Khuris? Będziecie mieli czas na przygotowania. - milczałam, analizując jego słowa. To prawda, teraz nie byłam w stanie przedstawić swoich propozycji i warunków. Haos, który panował w mojej głowie, zdecydowanie mi to utrudniał. Zgodziłam się więc na spotkanie za 3 dni.
- Jestem za. Mam nadzieję, że ten czas pozwoli zarówno nam, jak i wam, na przemyślenia i pomysły. Kto wie, co z tego wyniknie - posłałam mu ostatni uśmiech z moich ,,najpiękniejszych" dla rozluźnienia atmosfery, po czym pożegnałam się skinieniem głowy, ruszając w drogę powrotną.
- Czekaj! - spojrzałam na niego - Przeszłyście długą drogę, widać po was zmęczenie. Z całą pewnością jesteście również głodne. - na samą wzmiankę o jedzeniu, mój żołądek wydał z siebie głośny warkot. Zarumieniłam się po same koniuszki pyszczka. Airon natomiast zaśmiał się dźwięcznie. Spojrzałam na niego ponownie. Tak pięknie brzmi jego głos. Basior należał do naprawdę przystojnych, a to, że był alfą, dodawało mu tylko uroku. Tak bardzo miałam ochotę usłyszeć ponownie jego śmiech - Zostańcie na noc, a jutro wrócicie do domu - byłam gotowa się zgodzić. Jakaś niewidzialna siła, pchała mnie w jego stronę. Jak zaczarowana, otwierałam pyszczek, by zgodzić się na wszystko, czego sobie zażąda. Gdy już miałam to zrobić, jedna z moich towarzyszek odezwała się nagle, wytrącając mnie z tego dziwnego stanu.
- BARDZO dziękujemy za propozycję, lecz naprawdę musimy wracać. Nasza rodzina nie ma pojęcia o tym, iż oddaliłyśmy się tak daleko od domu. Zaczną się martwić, a gdy to się stanie, ruszam nas szukać.
- To nie problem - przerwał jej, gdy chciała powiedzieć coś więcej. - Również i ich, przyjmiemy z...
- Nie, naprawdę musimy wracać - tym razem to ona mu przerwała, po czym pewna siebie, ruszyła w kierunku lasu. Jej siostra błyskawicznie ją dogoniła, zostawiając mnie tym samym samą. Na moje szczęście, opanowałam to dziwne uczucie i już na trzeźwo, podziękowałam mu za gościnę.
- Nie ma za co, cała przyjemność po mojej stronie - znów uśmiechnął się szarmancko, lecz tym razem, udało mi się mu oprzeć. Skinęłam głową, po czym ruszyłam za waderami, które oddaliły się już nieco. Nikt mnie nie zatrzymywał, a krąg się rozstąpił. Będąc już przy moich towarzyszkach, odwróciłam się tylko na moment, choć nie nie miałam zielonego pojęcia, dlaczego to zrobiłam. To, co jednak ujrzałam, przyprawiło mnie o szybsze bicie serca. Airon wpatrywał się we mnie z żądzą i pożądaniem w oczach, a jego wzrok skanował moje ciało. Najszybciej jak mogłam, wzmogłam swój trucht. Wszyscy zgodnie przebierali łapami. ,,Chyba chcą szybko dostać się do domu" - pomyślałam, spoglądając w zachmurzone niebo, skąd nadal spadały duże krople wody.
Po raz kolejny w ciągu kilku dni, spojrzałam z tęsknotą na horyzont, mając skrytą nadzieję, że zaraz wyłoni się za niego moja rodzina, gdy zdałam sobie sprawę, iż są daleko ode mnie... Tam, gdzie ja wstępu nie miałam, lecz chciałam się dostać. Dlaczego to musi być takie trudne?
*
Następnego ranka obudziłam się czując potworny głód. Ostatnio jadłam niewiele. Nie czekając aż obudzę się do końca, wybiegłam z jaskini, w której spędziłam noc, kierując się pędem przez las. Gruba warstwa śniegu utrudniała poruszanie. Wiatr wiał mi w zmarznięty pyszczek, przynosząc w zamian cudowny zapach. Jeleń! Potruchtałam dalej chowając się za krzewami. Zwierzę mnie nie wyczuło... Podkradłam się bliżej... Jeszcze kawałek. Teraz!!! Skoczyłam na młodego jelenia wbijając swoje ostra kły w jego szyje. Zwierzę zaczęło szarpać się jak opętane, wić w agoni i łapać haust świeżego powietrza. Niestety na marne. Ostatnie uderzenie serca i chwile później apetyczne truchło leżało u mych łap. Uśmiechnęłam się do siebie i zaczęłam ucztować, od czasu do czasu wąchając teren. Gdy najadłam się do syta, odeszłam od zdobyczy by zaraz po mnie, najadły się i wrony. Parszywe stwory obskubały wszystko do kości, nie zostawiając nic... a ja ruszyłam w dal, w dalszą podróż.Byłam smutna idąc przed siebie przez las. Czemu czułam w sobie pustkę? Nie rozumiałam tego...to tak jakbym straciła część siebie. Uciekałam nie patrząc za siebie, w poszukiwaniu nowego domu.
Podeszłam do pierwszego lepszego drzewa i zaczęłam uderzać w nie łbem...
- I co ja teraz zrobię? - załkałam głośno. Bezsilność i samotność uderzyły we mnie z nagłą mocą - Nawet nie wiem gdzie jestem. Jestem sama... jak palec.
W pewnym momencie uderzyłam głową tak mocno, że po chwili kora pękła w kilku miejscach. Zasługa mojego pochodzenia, o którym nie chce mówić.
Spojrzałam w niebo w nadzieją że zobaczę tam kogoś.
- Ja nie dam rady znaleźć tego miejsca! Proszę pomóżcie mi! - krzyknęłam w rozgwieżdżone niebo, po czym opadłam pod jakimś drzewem. Zamknęłam oczy starając się zasnąć, zapaść pod ziemie, bądź zginąć. Na nic moje starania... Z gniewem otworzyłam oczy. Nagle...Nie może mi się tylko przewidziało?Wstałam i powoli ruszyłam przed siebie, gdy spostrzegłam nocnego ognika! Podeszłam do niego,znikł. Ale zaraz po tym pojawił się w innym miejscu nieco dalej. Uśmiechnęłam się, bo moje błagania zostały wysłuchane i pobiegłam do następnego. Przypomniało mi się co mama mówiła mi o tym zjawisku. Nocne ogniki nazywane są przewodnikami nocy. Zabierają cię tam, gdzie najbardziej chciałabyś się znaleźć. Są jak duszki. Żyją, choć nie można ich dotknąć czy poczuć. Ale nie wszystkie żyjące istoty mogą je zobaczyć. Ogniki pokazują się 5/1000 przypadków. Cieszyłam się że trafiło na mnie... Biegłam przez las, jak opętana. Przeskoczyłam przez skałę i.. stanęłam jak wryta. To tu? To ten teren, gdzie miałam zdobyć rodzinę? Jeśli tak to ja jestem za.. Biegłam jeszcze chwile śnieżną drogą w stronę ogromnej jaskini, a raczej... wielu jaskiń. Weszłam na małą skałę podchodząc do krawędzi.
- WOW wysoko tu! Ale nie wyczuwam zapachów! - mrugnęłam cicho ze smutkiem. Zawyłam głośno mając nadzieję, iż niedługo nie będę sama.
*
"POCZĄTEK WIOSNY"Dotarcie do granic watahy od strony lasu Khuris, zajęło mi kilka godzin. Słońce wisiało już wysoko nad horyzontem, zasłonięte ciemnymi, burzowymi chmurami. Porywisty, złowieszczy wicher szargał moim ciałem na wszystkie strony i gdyby chciał, z pewnością uniósł by mnie wysoko w chmury, jakbym nie ważyła zupełnie nic, zero. Pogoda nie dopisywała. Zbierało się na deszcz, lecz droga powrotna była niemożliwa. Zbyt daleko zaszłam, by się wycofać. Poza tym, nie chciałoby mi się wracać, niczego nie załatwiwszy. Choć perspektywa śmierci poprzez uderzenie pioruna nie była zachęcająca, o wiele bardziej ciekawiło mnie, co jest dalej. Co znajduje się poza terenami WKN. Czy istnieje tu jakaś inna wataha, z którą mogłabym się zaprzyjaźnić, nie obawiając się o atak? Spojrzałam dookoła siebie, jakby w oczekiwaniu na odpowiedź, która nie nadeszła. Słyszałam odgłosy lasu, lecz nie rozumiałam ich sensu. Widziałam, jak drzewa pod naporem silnego wiatru, uginały swe grube konary, a wśród nich szumiały i gwizdały tańczące gdzieniegdzie liście. W oddali dało się słyszeć pohukiwanie sowy i szybkie, głuche uderzenia dzięcioła o korę. Wspomniałam już, jak bardzo kocham wiosnę? Co prawda brudna, jeszcze nie do końca roztopiona ziemia nie napawała entuzjazmem, była o wiele lepsza od biało śnieżnej zimy, gdzie nie widać nic, poza czubkiem własnego nosa i gdzie jedyna myśl, która zaprząta głowę, to znaleźć przyjemne, ciepłe schronienie z dala od przeszywającego mrozu i śniegu. Nie cierpiałam zimy, a jeszcze bardziej, gdy codziennie pokonywałam kilometry w poszukiwaniu pożywienia, czy też dachu nad głową. Nie, abym i w tej chwili narzekała na zmęczenie i ból w łapach, lecz nie spodziewałam się, aż tak męczącej drogi. Jeszcze tyle przede mną, a ja opadałam z sił. Ciche jęki wydawały nawet pochowane w norkach, leśne zwierzęta. Co dziwne, choć słyszałam owe odgłosy, nigdzie nie było żywej duszy poza dwiema wędrownymi waderami, które spotkałam po drodze i które zgodziły się mi towarzyszyć. Zwierzęta, jakby w odpowiedzi na aktualną pogodę zniknęły. Zazdroszczę im tego, że nie muszą się niczym martwić. W przeciwieństwie do mnie, nie czekała ich dalsza wędrówka. Nie interesowali się, co znajduje się dalej, lub już zwiedzili wszystkie miejsca, do których ja dopiero dotrę. Im głębiej zapuszczałam się jednak w nieznane mi tereny, tym bardziej odczuwałam dziwny, przejmujący niepokój. Zresztą nie tylko ja. Dwie wadery, które spotkałam po drodze, rozglądały się ze strachem na wszystkie strony. Przyznam, że nie znam nawet ich imion, gdyż jak uznały, mają już swoją watahę wysoko w górach, więc nie dołączą do mojej, lecz z chęcią potowarzyszą mi podczas podróży, gdyż są wędrownymi, górskimi wilkami, które poszukują przygód... Masło maślane, którego nie zrozumiałam, aczkolwiek nie byłam, czy chciałabym zrozumieć. Niewiedza była, jest i będzie kluczem do sukcesu, więc rozwiązanie nasunęło się samo - lepiej nie wiedzieć nic i żyć dalej. Wracając jednak do naszej aktualnej sytuacji.Nie dziwie się, że się boją. W tej części ledwo widoczne słońce nie mogło przebić się między chmury, a co dopiero drzewa. Było ciemno, wietrznie i zimno, aż nieprzyjemne dreszcze przeszły mi po grzbiecie. Co gorsza, mroczne niebo zwiastowało nadejście srogiej burzy. Jeśli w porę nie znajdziemy schronienia, kąpiel w śród piorunów i deszczu mamy gwarantowaną. W pobliżu nie było jednak żądnej jaskini, ani innego schronienia, niż ogromne konary Buków. Oczywiście, zawsze gdy czegoś potrzeba, nigdy tego nie ma. Wiosna dopiero się zaczęła. Nie było liści, które mogłyby zatrzymać spadającą z nieba wodę, a wątpiłam, byśmy znalazły inne schronienie. Wytężyłam więc wzrok i rozejrzałam się. Nagle coś przekuło moją uwagę. Zaintrygowała mnie dziwna mgiełka, jaka unosiła się lekko nad ziemią. Błyszczała na różne kolory tęczy, głównie na srebro, fiolet i zieleń. To jednak niemożliwe, bo słońce zostało całkowicie zasłonięte przez chmury, więc nie mogło rzucać swymi jasnymi promieniami w tej dziczy. Jak to więc możliwe? Mgiełka nagle się rozproszyła, a z nieba spadła pierwsza kropla wody. No to pięknie, przez to dziwne zjawisko, straciłam tylko cenny czas, który mogłabym poświęcić na szukaniu dachu nad głową.
- Może są tutaj duchy? - zapytała z entuzjazmem zielonooka wadera, uśmiechając się od ucha do ucha. ,,Ta to miała wyczucie czasu na żartowanie" - pomyślałam ze śmiechem, po czym dokładniej jej się przyjrzałam. Była średniej wielkości samicą o kasztanowo-bordowym umaszczeniu, oraz długim, zawijanym do góry ogonie. Jak już też wspomniałam, miała zielone, przykryte pod gęstą grzywką oczy i oklapłe uszy. Nie była czystym wilkiem, aczkolwiek nie śmiałam ją o to pytać . Jej siostra natomiast była jej kompletnym przeciwieństwem. Wysoka, wysportowana, niebieskooka wadera o śmiałym, figlarnym spojrzeniu. Cechowała ją niezwykła zaciętość i na swój sposób dziecinność, która przejawiała się nagle, kompletnie bez ostrzeżenie, dlatego też, po tej rudo-białej lasce, można było się wszystkiego spodziewać. Gdy spojrzała krytycznie na swoją siostrą i pokręciła ze zrezygnowaniem łbem, wiedziałam już, że za chwile palnie coś głupiego. - No co, paranormalne istoty naprawdę istnieją! - mniejsza wydęła dziwnie usta, wymachując łapami we wszystkie strony na potwierdzenie swojej teorii.
- Prawda - odpowiedziała jej większa z tajemniczym uśmiechem na pyszczku - I z pewnością przyjdą po ciebie, by zabrać Twoją popieprzoną duszyczkę wprost do świata duchów, bój się. Buuuuu!
- Ta, chciałbyś co?
- Jesteście dziwne - odezwałam się cicho, bawiąc się swoim puszystym ogonem, byleby tylko nie wybuchnąć chichotem. Serio, wiem, jestem powalona, lecz cóż poradzić, do idealnych nie należę.
- Ty nie lepsza.
- Ja przynajmniej nie dygocze tak ze strachu, jak wy - odparłam ze śmiechem, wystawiając język. Otrzepałam brudne futerko z ziemi. Deszcz zmył co prawda wiele plan, lecz niektóre jakby specjalnie nie chciały usunąć się z mojego futra. Co gorsza, byłyśmy już doszczętnie przemoczone i z całą pewnością wyglądamy jak baba-jagi bez makijażu.
- Ah tak? W takim razie z pewnością ten pająk na twoim grzbiecie nie jest aż taki straszny ?
- Cooo?! - zdębiałam, po czym wrzasnęłam jak opętana, rzucając się na wszystkie strony. Chwilę później zaśmiałam się z własnej dziecinności. Wrobiła mnie!
- Już żaden, żartowałem - powiedziała, z trudem trzymając się za bolący ze śmiechu brzuch. Po krótkiej chwili, dołączyłam do niej i teraz obydwie moczyłyśmy się w błocie.
- Opanujcie się. Nie podoba mi się tu - rzekła znowu zielonooka, czujnie obserwując okolicę. Odruchowo rozglądnęłyśmy się po dookoła. Spojrzałam niepewnie na waderę. Pomimo swojej dziwności, zdawała się być aktualnie najspokojniejsza z nas wszystkich, co z jednej strony mi imponowało, z drugiej zaś bardzo nie podobało. W pewien sposób wzbudzała u mnie zazdrość. W razie niebezpieczeństwa będzie w stanie nas obronić, a to oznaczałoby, iż miałabym u niej dług wdzięczności. Musiałam się więc skupić, gdyż nie zamierzałam nic dla niej robić, a tym bardziej, być jej coś winna. Skrzywiłam się delikatnie na tę myśl. Ktoś, jak nie ja mógłby wydawać rozkazy? Potrząsnęłam gwałtownie głową. ,,To ja tu jestem alfą, nie mogę się rozpraszać" - warknęłam na siebie w myślach, spoglądając w dal. Westchnęłam zmęczona, czując nieprzyjemne, rozchodzące się po całym ciele zimno.
- Pod drzewa, trzeba przeczekać tą - powąchałam zdezorientowana powietrze. W moje nozdrza wdarł się dziwny zapach... Jakim cudem nie wyczułam go wcześniej, skoro był tak aż tak wyraźny?
Zerknęłam przez siebie znacząco na moje towarzyszki. Nie musiałam nic mówić, one wiedziały. Wszyscy spięli mięśnie, rozglądając się wokół. Zaciągałyśmy się zapachami obcych osobników, w których dwa były szczególnie mocne. Tak jak mój, wyróżniały się na czele innych. A to znaczy jedno, dwoje alf. Tego oczekiwałam, aczkolwiek również najbardziej obawiałam. Weszłyśmy na teren innej watahy...
- Co robimy? - kątem oka zerknęłam na obydwie samice. Patrzyły na mnie wyczekująco. Choć nie byłam ich alfą, to ja prowadziłam je ku przygodzie, więc to na mnie spoczywała odpowiedzialność za podjęte w tym czasie decyzje. Wzięłam głęboki oddech. Miałam już plan i choć wydawał się niebezpieczny, musiałam go zrealizować.
- Idziemy dalej - odpowiedziałam hardo, ruszając pewnym krokiem. Nikt się już nie odezwał i nie zakwestionował mojej decyzji. Wspólnie ruszyłyśmy przed siebie, głębiej w teren obcej, może nieprzyjaznej watahy. Nie zważając na niebezpieczeństwo, ani pogodę, która chyba przechodzi kryzys wieku średniego. Nie uszłyśmy daleko, gdy z oddali doszły do nas głośne krzyki, szum pazurów rozpraszających mokry piach i nieprzyjemne warczenia. Popatrzyłyśmy po sobie, po czym pędem pobiegłyśmy w tamto miejsce. Nie powinnyśmy, lecz chęć dowiedzenia się wszystkiego, była silniejsza. Drzewa w lesie nagle się przerzedziły. Deszcz przestał padać, a słońce delikatnie i nieśmiało wyjrzało zza chmur. Wyszłyśmy z mrocznego lasu wprost na pustą, pustynną przestrzeń, gdzie wokół jałowej ziemi, widać było tylko piach. Po jej ,,środku" po dwóch różnych stronach dostrzegłam dużą grupkę wilków. Ich czarna niczym smoła sierść połyskiwała, a śnieżnobiałe kły zwrócone były przeciwko sobie. Wyglądali, jakby mieli zaraz zamiar skoczyć sobie do gardeł.Mój entuzjazm pękł jak bańka mydlana. Wkopałyśmy się w bagno. I po cholerę my żeśmy tu przyszły? To nie nasza walka i nie zamierzałam brać w niej udziału. Przeczuwając kłopoty, zarządziłam natychmiastowy powrót, by przyjść tutaj innym razem. Jak na złość, pecha postanowił zaszczycić mnie swoją obecnością. Osobniki prawdopodobnie z dwóch watah powąchały powietrze, po czym spojrzały w naszym kierunku. Ich ślepia wyrażały czysty szok i zdziwienie. Otwarte pyski, które ułożyły się w literkę ,,O" co rusz się zamykały i otwierały. Czyżbyśmy zrobiła, aż tak dużą furorę? Ktoś zawył donośnym głosem, wzywając mnie do siebie. Nie mogłam odmówić. Mogliby uznać mnie za szpiega i wroga, którego trzeba by było się pozbyć. Z duszą na ramieniu odpowiedziałam na wiadomość.
- Nici z powrotu, skoro już nas zauważyli - sapnęłam, wzdychając i wolnym krokiem skierowałam się w ich stronę. Im bliżej byłam, tym bardziej zastanawiało mnie jedno - JAK JA WYGLĄDAM!? Zmoczona od deszczu, jak kura po kąpieli i brudna od błota, jak świnia na wybiegu. Przełknęłam ślinę mając nadzieję, iż nie uznają mnie za biedną przybłędę ze schroniska. ,,Tylko nie panikuj, tylko nie panikuj" - szeptałam sobie cicho w myślach. Musiałam się skupić. Dokładnie zlustrowałam każdego z obecnych i co dziwne, nie znalazłam wśród obecnych ani jednej wadery. Serio? Ani jednej baby wśród tak licznej grupy wilków? Pokręciłam delikatnie głową, po czym spojrzałam przed siebie. Mijałam poszczególne osobniki i na szczęście, czy też nie, nie widziałam wstrętu w ich oczach. Raczej coś na wzór fascynacji, pomieszany z szokiem i pragnieniem. Mieszanka wybuchowa. Uhmm.. Na środek wyszło dwóch samców, a z tego, co wyczułam, oboje byli alfami. Ostrożnie podeszłam do nich a wraz ze mną, moje dwie towarzyszki. Weszłyśmy w swego rodzaju krąg, który się za nami zamknął, odcinając tym samym jedyną drogę ucieczki... - Witajcie - odezwałam się niepewnie jako pierwsza po krótkiej chwili milczenia, wytracając ich chyba z amoku. Obydwoje pokręcili głowami, jakby odganiali wstrętne muchy. Większy basior o czarno szarej sierści z niebieskimi końcówkami i dwoma rogami na głowie w tym samym odcieniu, ten, który stał po mojej lewej, uśmiechnął się delikatnie, pokazując rząd ostrych kłów. Rozłożył majestatycznie długie skrzydła, ukazując całą ich doskonałość, po czym skłonił się lekko do przodu. "CZEKAJ, ON MA SKRZYDŁA!? i czy tylko mi się zdaje, iż on mi się kłania?" - pomyślałam zdezorientowana, spoglądając to na niego to na resztę obcych wilków. Chyba byli tak samo zdziwieni, jak ja w tej chwili.
- Witajcie na terenie Watahy Ostatniej Nadzi...
- Chciałeś chyba powiedzieć Watahy Ognistych Łez - spojrzałam na mniejszego basiora u jego boku o czerwonych jak krew ślepiach, gęstej szarej grzywie oplatującej pysk i jakimś dziwnym medalionie zawieszonym na szyi, który z głośnymi warknięciami, szczerzył zęby w stronę drugiego samca. Moją największą jednak uwagę przyciągnęły długie niebiesko czarne kolce wyrastające z jego grzbietu. Wyglądały jak leciutki stos ułożonych kryształów, umożliwiające zarówno latanie, jak i świetny atak. Przeniosłam swój wzrok z jego smukłego ciała na pysk, gdzie spod delikatnej grzywki spoglądały na mnie straszne krwiste oczy. Pomimo strachu, starałam się zachować zimną krew i nie wpaść w popłoch. Starał się ze wszystkich sił, uspokoić galopujące serce. Nie mogłam rozszyfrować jego nastawienia, bo przez jego wilczą twarz nie przelatywały żadne emocje.
- Te tereny są moje i możesz o nich zapomnieć! - znów spojrzałam zdezorientowana na drugiego basiora, który z prychnięciem, uśmiechnął się drwiąco do swojego "kolegi".
- Okaże się, gdy wypruję Ci flaki - zrobiło mi się niedobrze. Jak tak dalej pójdzie, pozabijają się na naszych oczach a co gorsza, wciągną i nas do swojej wojny. Tego chciałam uniknąć. Skrzywiłam się nieznacznie i obejrzałam na dwie samice, które mówiąc szczerze ogłupiały. Wgapiały się we mnie swoimi ślepiami, prosząc o powrót do domu. I gdyby nie Ci dwaj, z pewnością bym to zrobiła...
- PANOWIE, do cholery! - warknęłam na nich obojga, modląc się o to, by mnie nie rozszarpali za brak szacunku. - Gościnnością nie grzeszycie - westchnęłam, kręcąc łebkiem, po czym lekko się uśmiechnęłam. Pomimo tego, iż posiadałam taką samą rangę, byłam znacznie mniejsza od nich, a w związku z tym, nie powinnam podnosić głosu - Wiem, że macie swoje problemy, ale czy moglibyście je zostawić na chwilę. Zajmę wam dosłownie kilka minut - szepnęłam i oblizałam spuchnięte usta, robiąc przy tym słodką minkę. Zamrugałam rzęsami, przymykając lekko powieki. Delikatny, acz widoczny rumieniec ozdobił pyszczek jednego z nich. Oby nie wziął mnie tylko, za jakąś dzi*kę, która rozłoży przed nim swoje łapy. W tej sytuacji, musiałam działaś jednak radykalnie. Jak to mówią ,, Jeśli czegoś chcesz, zrób wszystko, by to dostać". ,,Chyba nie do końca chodziło mi o taki zwrot akcji" - pomyślałam, widząc jak mniejszy z basiorów, ten o czerwonych oczach, odwraca się tyłem i odchodzi.
- Jestem Deron - odrzekł, zatrzymując się na chwilę, by zerknąć na mnie z tajemniczym, złowieszczym uśmieszkiem, który nie wróżył niczego dobrego. W jego spojrzeniu dostrzegłam figlarne ogniki i pożądanie? Obserwowałam jego znikającą na horyzoncie sylwetkę. Wraz z nim zniknęła także mniejsza część wilków. Nie polepszało to jednak naszej sytuacji. Krąg wciąż był zaciśnięty, jak pętla na szyi. Wystarczy jeden błąd, by przypłacić tą wędrówkę życiem.
- Eh, wybacz za niego - powoli odwróciłam się w stronę pierwszego basiora, który jak gdyby nigdy nic podszedł do mnie. Czułam, jak jego ciepły oddech, owiewa moje uszy. Jak na mój gust, ciut za blisko, lecz nie chciałam urazić go swoją niepewnością. Samiec stał dumnie ze złożonymi już skrzydłami i wpatrywał się w niebo - Deron... już po prostu taki jest... i...
- Rozumiem - uśmiechnęłam się delikatnie, wpatrując się w jego oczy. Chyba się lekko zmieszał. Chrząknął znacząco odsuwając się jednocześnie na ,,bezpieczną" odległość.
- Więc... mów mi Airon, a to moja wataha - wskazał łapą na grupkę kruczoczarnych wilków - Witaj na terenie Watahy Ostatniej Nadziei. Kim jesteście i co was do nas sprowadza? - jego głos był miękki, swawolny i niezwykle podniecający, aż delikatny prąd przeszedł mi po grzbiecie. "STOP, skup się Rei, o czym ty myślisz!?"
- Miło mi Was poznać. Jestem Reiko, alfa Watahy Księżycowej Nocy. To są moje towarzyszki - wskazałam łapką na wadery, które nadal oszołomione, wpatrywały się w nas jak w kosmitów i nic nie wskazywało na to, by coś się miało zmienić - Przybywam z... bardzo daleka. Dokładnie to z lasu Khuris - Airon spojrzał na mnie dziwnie. Jego oczy przybrały na moment czerwoną barwę. Nie powiem, wystraszyłam się nieco. Nie wiedziałam, o co mu chodzi, ale wyglądał na zszokowanego moją informacją. Nic jednak nie powiedział, a ja nie zamierzałam drążyć tematu. I tak już byłam wystarczająco zestresowana - Od naszych terenów do tego miejsca, jest naprawdę wiele kilometrów, a wasz zapach poczuliśmy dopiero kilometr od wyjścia z lasu, z którego przyszliśmy, ale mniejsza o to. Musiałam sprawdzić, kto zajmuje te tereny i w razie czego postarać się o jakiś.. hmm jak by to nazwać...
- Sojusz? - podpowiedział zamyślony. Pokiwałam twierdząco łbem, choć zdawał się tego nie zauważyć. Przez chwilę miałam wrażenie, że się uśmiecha. Może mi się tylko zdawało, bo znów nałożył na siebie maskę, lecz mogłabym przysiąc, że widziałam.. - Dobrze, niech będzie - spojrzałam na niego, dokładnie go lustrując. Był zdecydowanie większy ode mnie. Górował zarówno nad "moją", jak i swoją watahą, co wcale nie ułatwiało mi... bycia pewną siebie? Jako alfa byłam odpowiedzialna za te dwie laski, co się przypałętały wraz ze mną.. Gdyby jednak doszło do walki, nie byłam pewna, czy uszłybyśmy z tego cało. Granie na zwłokę jest naszą deską ratunku.... - Szczegóły będziemy musieli omówić innym razem. Mam kilka ważnych spraw na głowie - wyjaśnił szybko, widząc moją nietęgą minę. Westchnęłam cicho. - Czy pasuje Ci, byśmy za 3 dni spotkali się przy granicy z lasem Khuris? Będziecie mieli czas na przygotowania. - milczałam, analizując jego słowa. To prawda, teraz nie byłam w stanie przedstawić swoich propozycji i warunków. Haos, który panował w mojej głowie, zdecydowanie mi to utrudniał. Zgodziłam się więc na spotkanie za 3 dni.
- Jestem za. Mam nadzieję, że ten czas pozwoli zarówno nam, jak i wam, na przemyślenia i pomysły. Kto wie, co z tego wyniknie - posłałam mu ostatni uśmiech z moich ,,najpiękniejszych" dla rozluźnienia atmosfery, po czym pożegnałam się skinieniem głowy, ruszając w drogę powrotną.
- Czekaj! - spojrzałam na niego - Przeszłyście długą drogę, widać po was zmęczenie. Z całą pewnością jesteście również głodne. - na samą wzmiankę o jedzeniu, mój żołądek wydał z siebie głośny warkot. Zarumieniłam się po same koniuszki pyszczka. Airon natomiast zaśmiał się dźwięcznie. Spojrzałam na niego ponownie. Tak pięknie brzmi jego głos. Basior należał do naprawdę przystojnych, a to, że był alfą, dodawało mu tylko uroku. Tak bardzo miałam ochotę usłyszeć ponownie jego śmiech - Zostańcie na noc, a jutro wrócicie do domu - byłam gotowa się zgodzić. Jakaś niewidzialna siła, pchała mnie w jego stronę. Jak zaczarowana, otwierałam pyszczek, by zgodzić się na wszystko, czego sobie zażąda. Gdy już miałam to zrobić, jedna z moich towarzyszek odezwała się nagle, wytrącając mnie z tego dziwnego stanu.
- BARDZO dziękujemy za propozycję, lecz naprawdę musimy wracać. Nasza rodzina nie ma pojęcia o tym, iż oddaliłyśmy się tak daleko od domu. Zaczną się martwić, a gdy to się stanie, ruszam nas szukać.
- To nie problem - przerwał jej, gdy chciała powiedzieć coś więcej. - Również i ich, przyjmiemy z...
- Nie, naprawdę musimy wracać - tym razem to ona mu przerwała, po czym pewna siebie, ruszyła w kierunku lasu. Jej siostra błyskawicznie ją dogoniła, zostawiając mnie tym samym samą. Na moje szczęście, opanowałam to dziwne uczucie i już na trzeźwo, podziękowałam mu za gościnę.
- Nie ma za co, cała przyjemność po mojej stronie - znów uśmiechnął się szarmancko, lecz tym razem, udało mi się mu oprzeć. Skinęłam głową, po czym ruszyłam za waderami, które oddaliły się już nieco. Nikt mnie nie zatrzymywał, a krąg się rozstąpił. Będąc już przy moich towarzyszkach, odwróciłam się tylko na moment, choć nie nie miałam zielonego pojęcia, dlaczego to zrobiłam. To, co jednak ujrzałam, przyprawiło mnie o szybsze bicie serca. Airon wpatrywał się we mnie z żądzą i pożądaniem w oczach, a jego wzrok skanował moje ciało. Najszybciej jak mogłam, wzmogłam swój trucht. Wszyscy zgodnie przebierali łapami. ,,Chyba chcą szybko dostać się do domu" - pomyślałam, spoglądając w zachmurzone niebo, skąd nadal spadały duże krople wody.
*
Byłyśmy przemoknięte i zziębnięte, gdy późną nocą dotarłyśmy w końcu do swoich domów. Po przekroczeniu granicy pożegnałam się z moimi towarzyszkami i ruszyłam na swoje tereny. Każda z nas bez wyjątku poszła do swojej norki, by ogrzać się na ciepłym mchu i odpocząć po męczącej wędrówce. Ostatni raz postawiłam swoje uszy do góry. Zwierzęta ucichły, oddając nocy wolną łapę. I tylko pohukiwanie sowy zdawało się psuć martwą ciszę. Zapadłam w głęboki sen..
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz